Jak niepaszczacki jest ten świat... , czyli o tym, co mnie gryzie bądź raduje w danym momencie, a także o różnych okolicznościach, mym huśtawkom nastroju towarzyszących.
Na bloga liczniki
Kategorie: Wszystkie | chleb mój powszedni | moskwa
RSS
czwartek, 20 listopada 2008
Wiewiórkom wstęp wzbroniony [339]


Na wiosnę pisałam o wiewiórce, która co parę dni wędrowała rankiem po ogrodzeniu w pobliżu mego wydziału. To był zawsze taki sympatyczny i pozytywny widok, rude maleństwo, śmigające dziarsko w stronę swoich spraw, poprawiała mi nastrój.

Z okazji jesieni płot został pomalowany oraz ozdobiony drutem kolczastym, który wieńczy teraz ogrodzenie i moknie malowniczo. I to by było na tyle, jeśli chodzi o wiewiórcze spacery.

Bu!

17:39, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (3) »
piątek, 14 listopada 2008
Jak na drożdżach [337]


Kiedy byłam w lipcu w szpitalu, wszyscy myśleli, że mam piętnaście lat.
Kiedy w sierpniu pojechałam nad morze, jeden z handlarzy powiedział, że był przekonany, iż mam dziewiętnaście lat.
Dzisiaj się dowiedziałam, że wyglądam na 21.
Ależ ja szybko rosnę :P
(Bo przecież nie napiszę, że się starzeję...)

20:56, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 października 2008
Gdzie są moje czapsy? [326]


Czapsów nadal nie ma, a jutro trzecia jazda.
Gdzie to słońce, co świeciło tak pięknie w poniedziałek i wtorek? Oby jutro wstało...
W poniedziałek zaczynam praktyki w wydawnictwie. Co prawda, nie będę nic tłumaczyć, tylko robić korektę, ale i tak bardzo się cieszę i nie mogę się doczekać tego wyzwania.
W niedzielę ugotowałam leczo i wyszło smaczne. Ależ byłam z siebie dumna!
Jem za dużo czekolady. Stanowi ostatnio 70% mojej diety. Niedobrze.
We wtorek zaś poszłam na spacer z Asią i Krzysiem. Mały kawaler kończy w sobotę siedem miesięcy, jest przeuroczy, a poza tym zafascynowały go moje okulary i chciał mi je zabrać.
Jak tylko dostanę zdjęcia, na których jestem fajną ciocią, to się pochwalę.

10:39, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 20 października 2008
Złota jesień? [325]


Pięknie niebo dziś wieczorem wyglądało - miało kolor miąższu dojrzałego arbuza.
W ogóle był to piękny poniedziałek - taki słoneczno-niebiesko-zielony.
Taką jesień lubię.


poniedziałek, 13 października 2008
Poniedziałkowo [322]


Warszawa rano pachnie mgłą i palonymi liśćmi.
A ja nienawidzę poniedziałkowych poranków. Nie cierpię. Zresztą, o szóstej rano jestem nieprzyjazna dla środowiska niezależnie od dnia tygodnia.

wtorek, 07 października 2008
Zastrzyk energii (magisterskiej) [320]


Po pierwszym seminarium magisterskim w tym roku czuję napływ nowych sił oraz energię, by znów zabrać się za swoje tłumaczenie. Dostałam dziś efekty swojej dotychczasowej pracy opatrzone odręcznymi komentarzami i rozmawiałam z promotorką. Usłyszałam, że jest naprawdę nieźle, a miejscami nawet bardzo dobrze i że świetnie sobie poradziłam z wybujałymi opisami Tołstoj, co podniosło mnie wielce na duchu i podbudowało moją wiarę we własne możliwości jako tłumacza :)

Siadam dziś nad tym, by wszystko przeanalizować, i zaczynam szlifowanie tego, co kanciaste, uzupełnianie tego, na co poprzednio weny nie wystarczyło, a także tłumaczenie pewnego bardzo ciekawego eseju, który dopasuje mi się tematycznie i nastrojowo do wybranych opowiadań, gdyż okazuje się, że wyszło mi za mało stron.

Tak niewiele czasem potrzeba, by mimo paskudnej pogody dzień zdawał się piękny :D

13:07, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 października 2008
Początek października leniwy [319]


Nastał i niepodzielnie rządzi (przynajmniej do listopada) październik, zajęcia naprawdę się zaczęły, nawet trzeba dziś było wstać punkt szósta piętnaście. Oczywiście, nie obyło się bez przygód, bo przecież byłoby nudno bez nich, i metro stało jakieś 5-7 minut w tunelu, a potem dziki tłum wtargnął go wagonów, aż drzwi się nie dało zamknąć i pociąg nie mógł ruszyć. Niech żyją poniedziałkowe poranki, niech żyje komunikacja miejska przed ósmą rano, hip-hip!...

Pierwsza lekcja salsy bardzo mi się podobała :)
Niestety, wychodzi na jaw - nie po raz pierwszy, zresztą - jaką straszną łamagą jestem i jak nieskoordynowana ruchowo ze mnie smoczyca. Bu :(
Aaalee - się nauczę. O, taka będę!

W sobotę byłam na ślubie koleżanki z grupy. Był naprawdę piękny i wzruszający. Odbył się w niewielkim kościele oo. paulinów na Starówce; wnętrze przystrojono bardzo skromnie, ale urokliwie barwnymi - żółtymi i fioletowymi - kwiatami. Ewa miała na sobie prostą, śnieżnobiałą suknię bez ozdób i wyglądała przepięknie. Fantastyczny ksiądz prowadził mszę, taki bardzo charyzmatyczny (jak to ujęła moja promotorka, która także była zaproszona: "Pierwszy raz w życiu widziałam prawdziwego kapłana"). Wygłosił piękne kazanie. Ewa i jej mąż Grzegorz należą do wspólnoty w tym kościele i ksiądz ich znał, więc było tak kameralnie i osobiście bardzo. Państwo młodzi mogli się wypowiedzieć na temat swoich obaw i wątpliwości. Oni sami wybrali czytania z Pisma Świętego i pieśni. Jeszcze nie byłam na takiej rozśpiewanej i spontanicznej mszy - śpiew przy akompaniamencie gitary, bębnów i klaskania, choć - naturalnie - nie był to bynajmniej gospel ;) Jeśli kiedyś będę brała ślub kościelny - nigdy wszak nie wiadomo, jak to będzie - to chciałabym, by tak wyglądał... Oczywiście, się wzruszyłam i musiałam uciekać wzrokiem ku sklepieniu, żeby się całkiem nie rozpłakać. A potem, niezdara ja, przydeptałam pannie młodej suknię, składając bezsensowne życzenia. Ech. Cała ja.

Reszta soboty minęła na praniu i czytaniu książki, niedziela jakoś podobnie - niech żyją prace zastępcze, nieoszlifowane tłumaczenie wciąż popiskuje tęsknie z szuflady...

Zabrałam się za to za rysunek dla Kalomira w końcu - jeszcze troszkę poczekasz, mój drogi :P - i spędziłam nad nim większość niedzieli - lokomotywa jest strasznie trudna do naszkicowania, jak się okazuje, tyle szczegółów, z których nie zdawałam sobie sprawy, i chociaż wiem, że nie chodzi o odwzorowanie szczegółów technicznych i rozwiązań inżynieryjnych, tylko o ogólną ideę lokomotywy, to jednak jestem perfekcjonistką i jak czegoś nie umiem narysować lub gdy nawet nie wiem, jak wygląda coś, co powinnam narysować, doprowadza mnie to do frustracji. Pff.

piątek, 03 października 2008
Może chociaż salsa się dziś uda? [318]


Wstałyśmy z Ulczysławą rano z pełnym poświęceniem, gotowe realizować marzenie i doskonalić jeździeckie umiejętności. Nastawiałam się psychicznie na pierwszą lekcję, na wyprawę kolejką dojazdową i marsz przez las po błocie, na powrót w oparze końskiego zapachu oraz niesamowite wrażenia, o których się będę na blogu rozpisywać... i nie pojechałyśmy. Bo zajęcia zaczynają się za tydzień oficjalnie, nawet nie rozdzielono jeszcze instruktorów. Haha, z nami tak zawsze. Zauważyłaś?

Za to odwiedziłam kosmatych synków wreszcie. Z miesiąc ich nie widziałam. Jaaakie spaślaki się z nich zrobiły! Puszkin ma sadło! Grubaski, wypięknieli obaj, Puszkin ściemniał, Pasza ma jeszcze pięknięjszą i gęstszą sierść. Wyglądają jak wafelek z czekoladą i bita śmietana. Cudności.

W późnym popołudniem spróbuję zapisać się na salsę. Oby były miejsca w grupie, strasznie się nie mogę doczekać. Kocham tańczyć! :D

niedziela, 14 września 2008
Czymże to jest wobec wieczności [311]

Ja 14:13:06

what are men to rocks and mountains
Kalomir 14:13:55
well, they both are stiff :)

[z rozmowy]


Nie chce mi się, dlatego nic nie pisałam.
Coś tam robię. Jakoś się żyje. Z kimś spędzam czas, niekiedy.
Ale czymże to jest wobec wieczności? Taki nastrój właśnie mam. Może przez pogodę, a może nie.
Chyba raczej z innego powodu.

Skończyłam tłumaczenie.
Jest dziurawe, koślawe i pozbawione polotu.

Zaczęłam uczyć ośmioletnią dziewczynkę.
Bardzo się stresowałam przed pierwszą z nią lekcją, bowiem nigdy nie uczyłam jeszcze dziecka i nie wiedziałam, jak poprowadzić te pierwsze zajęcia. Niby tylko 45 minut, lecz przyznam, że mi się dłużyły. Poza tym trudno skupić uwagę ośmiolatki na tak długo. Ale - jakoś to idzie. Ot, kolejne wyzwanie w życiu.

Dużo czytam.
Pochłaniam wręcz książki jedną po drugiej. Może dlatego, że ostatnio mało czasu spędzam przed komputerem.

Byłam w Lunie na Wszystko gra Woody'ego Allena.
Świetny film, szalenie mi się podobał. Trzyma w napięciu, ciekawie nawiązuje do Zbrodni i kary
Dostojewskiego. Jego najmocniejszą stroną jest gra aktorów.
To, co świadczy wg mnie o jakości filmu, to dyskusje, które wywołuje po seansie. Wszystko gra poruszyło nas (a wybrałam się z Ilą i jej mamą) na tyle, że przez całą drogę do domu do niego powracałyśmy. Czasem dobry film to nie tylko to, co dzieje się na ekranie, to także to, co człowiek sobie dopowie po jego zobaczeniu. To jak z książką - czytelnik jest współautorem, nie tylko odbiorcą...

Rysowałam męski akt z natury. Nie powiem, ciekawe doświadczenie ;)
Szkoda, że talentu mi zabrakło i rysunek brzydko wyszedł. Nie skończyłam, bo zniechęciłam się, ujrzawszy efekt swojej pracy. Huh.

Poza tym świetnie się bawiłam w pewien piątkowy wieczór w "Gnieździe Piratów". Dwa piwa, dużo tańczenia i cudownie wesoły nastrój.

A następnego dnia - kac i bolące łydki, ech...


14:38, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (2) »
środa, 03 września 2008
Ja contra Tłumaczenie [309]


Jakoś nam nie po drodze było ostatnio.
Przez weekend nawet nie zajrzałam do słowników. W sobotę w ogóle nie miałam na to czasu, w niedzielę wytłumaczyłam się sama przed sobą sesją D&D.
A przez minione dwa dni tylko je przekładałam z miejsca na miejsce, licząc na to, że w końcu pokonam barierę zdania, na którym utknęłam. Nie było trudne, to ja po prostu nie mogłam skoncentrować myśli. Półtorej strony przez dwa dni - no nic, tylko załamać ręce, cóż za marazm, próżniactwo i rozkład intelektualny!

Dziwne, bo przecież zostało mi tylko 5,5 strony i mogłabym w poniedziałek z palcem w nosie je skończyć. Do dziś miałabym już przepisany brudnopis i poprawiała wątpliwe fragmenty. Tymczasem babram się dalej. Na szczęście, zastój minął i koniec coraz bliżej. Minęło półtora tygodnia, toteż początku już nie pamiętam, i dobrze, poleżał sobie, mogę teraz przeczytać polską wersję i stwierdzić, czy w ogóle to się nadaje do czegokolwiek.

Bo nie chciałabym, aby było jak w moim śnie. A śniło mi się jakiś czas temu, że dostałam mail od promotorki, w którym zawiadomiła mnie, iż tłumaczenie jest beznadziejne, niestety, i powinnyśmy poważnie porozmawiać.

12:17, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (7) »
piątek, 29 sierpnia 2008
"Deszcze niespokojne..." [308]


Ależ paskudna pogoda dziś w Warszawie. Cały dzień, od rana.
Chmury buro-szare, ciężkie, zawisły nad miastem, wiatr smętnie szarpie drzewa... Lubię zapach deszczu, ale tylko takiego letniego, który przychodzi po upalnym dniu. A nie takiego budującego atmosferę listopada.

20:00, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 sierpnia 2008
Odżywka [307]


Moja odżywka do włosów pachnie skórką pomarańczy i terpentyną malarską.
Oba zapachy kojarzą mi się pozytywnie.
Pierwszy przypomina z jednej strony Boże Narodzenie i dzieciństwo, ale także pewien słoneczny dzień w Białce Tatrzańskiej - mimo wszystkiego, co było potem, jest to przyjemne wspomnienie.
Drugi po prostu lubię. Jest taki... hm, nieuchwytny. Nie do sprecyzowania - za każdym razem przypomina mi co innego.

Oczywiście, żadnego z tych składników nie ma w mojej odżywce. Za to są chlorofil oraz nafta kosmetyczna. Że niby teraz będę fotosyntetyzować na słońcu? Może zakwitnę. Albo będę mieć zielone włosy, jak driada. Byle by tylko się nie zapaliły samoistnie w upale :P

11:19, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 sierpnia 2008
"What a wonderful world" [304]


Cóż za przemiły dzień za mną.
Tak mi teraz sennie-radośnie.

Spacerowałam trzy godziny z Asią i Krzysiem po parkach i skwerach na Ochocie. Krzyś spał smacznie, więc sobie z Asią porozmawiałyśmy do woli. To było takie przyjemne, beztroskie popołudnie - słońce, lekki wiaterek, biała sukienka, tyle zieleni, złota i błękitu dookoła... Cudownie! Kwintesencja lata. Odwiedziłyśmy i Pola Mokotowskie.

Mogłam sobie trochę pociotkować i pchać wózeczek, hihi. Krzyś już taaaki duży, jak go wzięłam na ręce, to mi zdrętwiały. Nauczył się już łapać wszystko rączkami, więc trzymał się mnie. To było takie miłe... Wzięłam aparat, ale - oczywiście - baterie rozładowały się po trzech zdjęciach. Ech.

Chyba lubię zapach małych dzieci. Pachną mlekiem. I snem.

A ja wróciłam taaaka zmęczona, że poszłam spać, wdychając zapach swoich włosów - zapach słońca i spaceru, i zmęczenia, i parku, i lata, i nieba, i drzew... Rozumiesz, o co mi chodzi? Ktoś się kiedyś ze mnie śmiał, gdy rzekłam, że pachnę słońcem. Ale po spacerze naprawdę skóra i włosy przesycone są takim specyficznym zapachem. I ja go lubię...

20:01, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (9) »
piątek, 15 sierpnia 2008
Sama na włościach [303]


J
utro wraca znad morza rodzinka, więc to ostatni dzień, gdym sama na włościach.
Czas może na malutkie podsumowanie?

Wróciłam w nocy, w zasadzie, gdyż pociąg miał opóźnienie (a to nowość...) i część drogi pokonałam tramwajem, część na piechotę, a część - nocnym autobusem. Poszłam spać koło trzeciej w nocy, a wstałam o 8ej, obudziłam się jakaś taka rześka i wypoczęta... Niedziela minęła na lenistwie, odwiedzinach u Paszy i Puszkina oraz sesji D&D 4, całkiem sympatycznej :)
Nie ma jak miły wieczór przy RPG.

W poniedziałek zafascynowałam Puszkina i Paszę bańkami mydlanymi.
Wielce byli zaintrygowani - co to i czego od nich chce. Ale okazali się na tyle leniwi, że nie chciało im się podejść, by pacnąć bańkę łapą, i tylko wyciągali pyszczki. Głupeczki małe ^^
Poza tym zaszalałam i wróciłam ze spaceru z czterema książkami! Nie mogłąm się powstrzymać. Co zobaczyłam tytuł lub autora, wypatrzony tom jakoś sam wpadał mi w pożądliwy uścisk... Kierowałam się raczej intuicją, przeczuciem, że to będą pod jakimś względem opowieści niezwykłe, godne uwagi, magiczne...

Wtorek minął na korepetycjach, zaś wtorkowy wieczór - w Gnieździe Piratów.
Krótki zarys sytuacji: upał, zepsuta klimatyzacja w pubie, duże piwo, które wchodzi z jakąś taką nadzwyczajną lekkością i płynnością... Parę minut i smoczyca była wesoła jak krasnoludek :D Poszliśmy na nocny spacer po Sadach Żoliborskich i było przesympatycznie, cieplutko, światło latarni przeświecało ciekawie przez drzewa na chodnik... Czasami świat jest taki piękny :)

O środzie już się wypowiedziałam w ostatniej, lakonicznej notce - ale za to jak treściwej!
Dodam tylko, iż Vaka przyjechał do Warszawy i dzień minął przemiło (ale za szybko...). Jejku, to takie dziwne trochę - znamy się ponad rok, a dopiero teraz wiem, jak wygląda, jak mówi i jak się zachowuje człowiek, którego uważam za przyjaciela...
Za to na 22:00 poszłam ze znajomymi do kina. Bardzo polecam nowego Batmana, moim skromnym zdaniem film jest świetny! Zalety: zakręcona fabuła, mroczny, psychodeliczny klimat, genialna obsada aktorska, fantastyczna charakteryzacja, ale przede wszystkim - Joker w wykonaniu Heatha Ledgera. Opinie o jego roli, jego grze nie są ani trochę przesadzone. Jest fantastyczny.

W czwartek byłam w świetnej czekoladziarni - bardzo fajne miejsce na spotkanie i pogawędkę, podobał mi się wystrój, taki nastrojowy i urokliwy. Znów miła pogawędka, no i pyszna czekolada...
Niemniej dzień był koszmarny, upalny niemiłosiernie, a ja musiałam spożytkować godzinę, która została mi do korepetycji, na spacerze po osiedlu okolicznym. Wróciłam wykończona do domu... Za to szczęśliwa, gdyż odebrałam w księgarni Antropologię słowa pod redakcją Godlewskiego - taaaka cegła!! :D
Ja jednak jestem nienormalna...

Dziś zamierzałam się wybrać na paradę wojskową, lecz zniechęcił mnie deszcz, a teraz to już mi się nie chce. Jeszcze niejedną paradę będę miała szansę zobaczyć, prawdaż? Ano.

Jutro natomiast - dzień grania w planszówki. Super :D


14:15, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (2) »
środa, 13 sierpnia 2008
:D [302]


Cóż mogę dodać więcej...
^^

18:40, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (3) »
niedziela, 10 sierpnia 2008
"Morza szum, ptaków śpiew..." [298]

Di: "Z czego się cieszysz?"
Ja: "Nie cieszę się, oddycham".

[z nocnej rozmowy,
2008-08-08, godz. 01:17]



Otom wrócona i sama na włościach.
Tydzień bawiłam nad Bałtykiem. Konkretnie, w Darłówku. Mieścina, którą nawet trudno nazwać mieściną. Acz do miasta - tj. do Darłowa - niedaleko, cztery kilometry spacerkiem.

Co mogę rzec więcej?
Może zacznę od podsumowania.

Marry stwierdziła, gdyśmy zwiedzały ZOO i okolice, iż ten wyjazd pozwoli mi się zdystansować. I po trosze miała rację. Myśli o M. stały się tak odległe, że chyba już nawet nie boli wspomnienie. Żal został, ale chyba nie tak rozpaczliwy. Tak, jakby wszystko zdarzyło się tak dawno, że aż brak pewności, czy było prawdą. Bezmiar morza, oglądanego z brzegu, pozwala się do wszystkiego zdystansować... Więc to tak? Zapomnimy o sobie, bo już jesteśmy sobie obcy... Czuję się, jakby od wspomnień oddzielała mnie tak gruba warstwa szkła, że aż przestała być przezroczysta. Zostało tylko jakieś głuche, tępe, niezidentyfikowane uczucie, gdzieś głęboko w środku, a poza tym - zobojętnienie...

Po drugie, nie namalowałam obrazu. Naprawdę chciałam, zamierzałam i planowałam, upatrzyłam sobie nawet świetne miejsce na falochronie, z którego był piękny widok na morze, plażę, latarnię morską i białe, smukłe wiatraki w tle... W zasadzie, nie wiem, jak to się stało, iż pejzaż nie powstał. Koszmarnie wiało i nie dało się przez to długo wytrzymać w jednym miejscu. A jedyny ciepły, bezwietrzny dzień spędziłam, leżąc plackiem na plaży... :P

Właśnie.
Miałam się opalić. Miałam na plaży co dzień się smażyć. Spacerować wzdłuż brzegu, ciesząc się bryzą, owiewającą nagrzane słońcem ciało. I co? I bu! Sztorm na Bałtyku, 11 w skali Beauforta. Hura.
Upalne lato nad morzem ponoć zacznie się jutro.


Postscriptum:
Za to najadłam się ryb, że hoho. Co dzień na obiad - a to dorsz w cieście, a to pstrąg z kotła, a raz nawet - zupa rybna z łososia. Uwielbiam ryby, ale chwilowo mam ich serdecznie i szczerze dosyć...


piątek, 01 sierpnia 2008
Zostanę nowym Repinem [297]


Skończyłam mój pierwszy w życiu obraz olejny!!! :D
Tak się niesamowicie cieszę ^^ Muszę przyznać, że wygląda nieźle po skończeniu. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to ja go namalowałam :D (stąd tyle emotikonek, bo się bardzo cieszę ^^).

Jutro postaram się kupić jakiś mały blejtram i zabrać ze sobą nad morze. Wreszcie nie będę się nudzić na plaży, tylko spróbuję swych sił (malarskich) w plenerze :)

Trzymajcie kciuki ;)

23:09, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (4) »
czwartek, 31 lipca 2008
Gadżetów nigdy dość [296]


Kupiłam sobie aparat, ależ się cieszę! :D
To teraz będę robić zdjęcia i fotografować, i cykać fotki, i pstrykać, i w ogóle :D
A aparat taki śliczny, cyfrówka, ale w stylu retro.
Uwielbiam robić zdjęcia! ^^
Szukać ciekawych ujęć, śledzić grę światła i cienia, wypatrywać intrygującą perspektywę, uwieczniać moment, nastrój, piękno świata - czy to architektury, czy to przyrody - na fotografii...
A nowa zabawka smoczycy umożliwia eksperymentowanie. Cudownie :D

20:18, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (2) »
środa, 30 lipca 2008
Mini sabat czarownic [295]

 

Ja: "Ja i chłodnik czekamy na Ciebie."
Marry: "Ja i tramwaj 33 jedziemy do Ciebie."

[z sms-ów]


Spędziłyśmy z Marry cały dzień razem.
Taki mały sabat czarownic.
Dzień długi, ale jaki przyjemny :) - słoneczny, gorący i wesoły. Uwielbiam po takim dniu, spędzonym aktywnie na wędrówkach, gdziekolwiek by to nie było i dokądkolwiek by mnie nie zaprowadziły, wrócić zmęczona do domu i poczuć na skórze i we włosach zapach słońca, letniego powietrza, spaceru... Wtedy wiem, że dzień był dobry.

Sabat zaczął się od kolorowego chłodnika i rytualnej wymiany podarunków. Potem było trochę obgadywania różnych osób oraz dużo rozmów na każdy temat. Wreszcie, w samo południe, ruszyłyśmy do ZOO. W końcu ja wyglądam na 15 lat, a Marry na 16, czyż nie? ;) Cele miałyśmy dwa: zobaczyć goryla i kupić bańki mydlane. Tego pierwszego jeszcze chyba nie ma, drugie nas trochę zawiodło. Znaczy, jak ktoś lubi bańki z trąbką, to może i fajna zabawka... Po raz pierwszy zwiedzałam ZOO zgodnie z wyznaczonym kierunkiem zwiedzania, bo zwykle wolę zaczynać od fok. Dzisiaj jednakowoż nie dotarłyśmy do nich. Znów mnie osa użądliła ;/ Ale tak się wbiła, że Marry musiała ją ze mnie wyciągać. Jakaś osa-desperatka. Może spragniona bliskości... Poszłyśmy do baru po cebulę :P Dziewczyna przyjmująca zamówienia w ogóle się nie zdziwiła, tylko rzuciła spojrzenie pełne zrozumienia. W tym momencie jednak zrezygnowałyśmy ze spaceru po pozostałej części ogrodu zoologicznego i udałyśmy się na poszukiwanie apteki. Pytamy ochroniarza przy bramie, gdzie jest najbliższa, odpowiada, że w szpitalu. "- Tym przy kościele?" "- Nie, nie! Idźcie panie prosto, ale po tym chodniku z płyty".

Oczywiście, że szpital był przy kościele. A tam to już apogeum absurdu. Najpierw nie mogłyśmy się dostać do okienka, bo jakaś kobieta opowiadała farmaceutce o salami czy szynce. (!) Potem podchodzę do drugiego i mówię:
- Dzień dobry, użądliła mnie osa, przyłożyłam cebulę, ale chciałabym jeszcze wapno.
- Och, użądliła panią osa? A dawno? A wraca pani teraz do domu? Wie pani, co jest najlepsze na użądlenie osy? Cebula. Trzeba ją tak lekko zrumienić na patelni. To metoda medycyny tropikalnej! Najlepsza na jadowite ukąszenia!
- No tak, przyłożyłam już cebulę, ale chciałabym wapno...
- Jest pani alergikiem?
- No tak, ale nie mam alergii na osy...
- Na osy, tak? Ja pani dam tutaj hydrocortison, to najmocniejsze, co mogę pani dać bez recepty. Pani smaruje opuchliznę dwa razy dziennie, tylko cieniutko, bo to są sterydy, wie pani, hormony...
- A czy nie mogłabym dostać wapna? *desperacja w głosie*
- A, jeszcze dać pani wapno do tego?
- Nie, nie, samo wapno!!

Ostatecznie udało mi się je kupić i wypić na miejscu (chociaż gdy poprosiłam o plastikowy kubeczek, dostałam dzbanek z wodą... -.-' ). Mogłyśmy z Marrysią zabrać się za wypełnianie questa. Otóż Marry chce zdobyć odznakę PTTK i ma do obejrzenia dziesięć drewnianych zabytków architektury warszawskiej. Spacerkiem powędrowałyśmy na ulicę Środkową, zrobiłyśmy parę zdjęć i naokoło wróciłyśmy pod CH Wileńska, by pojechać do IKEA... na obiad :P I pooglądać pierdółki. Zakochałam się w jednej sofie. Jest taaaaka mięciutka! Stworzona do czytania książek ^^


Postscriptum:
A jak jeszcze byłyśmy na Pradze, to w warzywniaku znalazłyśmy kolejny absurd - "fasolkę" :P


poniedziałek, 28 lipca 2008
To nie była cudowna sobota [292]


Zastanawiałam się - pisać czy nie pisać, ale uznałam, że opowiem, co tam u mnie. Otóż w sobotę byłam w szpitalu. Pierwszy raz w życiu jako pacjentka. Zabrało mnie pogotowie. Jakie to dziwne uczucie - leżeć, przypięta pasami do łóżka, w trzęsącej i podskakującej na wybojach karetce. I gapić się w sufit albo a skrawek nieba w szybie. Zastanawiałam się, czy czuję się jak w serialu o lekarzach, ale chyba nie...

Potem było czekanie.
Najpierw czekanie w strefie czerwonej, EKG i rozglądanie się dookoła w nadziei, że ktoś sobie o mnie przypomni i zabierze mnie gdzieś albo chociaż powie, jak wyniki.
Potem czekanie w sali obserwacyjnej. Depresyjne, rzekłabym. Pod oknem - kobieta chora na raka jelit. Za mną - jakaś inna śmiertelnie chora, zmizerowana kobieta. Obok - kobieta z podejrzeniem raka płuc. I ja, mdlejąca podczas pobrania krwi. Dostałam trzy kroplówki. To było najdłuższe półtorej godziny w moim życiu. Dawno tak bardzo nie tęskniłam za towarzystwem albo jakąkolwiek książką. Albo chociaż za komórką, by wysłać komuś sms. Bo co miałam do roboty? Słuchać - kap, kap, kap - kapania płynów w kroplówce. Słuchać, jak jedna kobieta płacze, że jest zmęczona i chce już umrzeć. Albo jak druga odmawia zostania w szpitalu, chociaż ma dziurę w płucach. Do tego drętwiała mi lewa ręka, ta z wenflonem. Na przemian bolała i swędziała. Nie lubimy kroplówki, co to to nie.
Potem było czekanie na rentgen i czekanie na wyniki rentgena.
A wreszcie - czekanie na konsultację neurologa.

I co? I nic. Wszystko w normie - serce, morfologia krwi, płuca, naczynia krwionośne, układ nerwowy. Do domu! Po pięciu godzinach wieczności. Byłam taka zmęczona, jakbym trzy dni nie spała...

A teraz słucham, jak to wszystkich wystraszyłam.
No wiem, przepraszam. Ale przecież nie specjalnie.
:*


10:28, raya_czarodziejka , chleb mój powszedni
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6